1 kwietnia 2014

Pierwszy dzień w Indiach





Park w New Delhi, tu poznaliśmy amerykańską rodzinę, której ojciec pracował w ambasadzie swojego kraju.
Lotnisko w Delhi. Cudowne, wielkie, stworzone  z rozmachem ale i zachowaniem tradycji. Przylatujących witają monumentalne dłonie podwieszone nad odprawą paszportową. Każda w innym ułożeniu przedstawiając różne mantry. Słowa zapisane gestem. Złote i ozdobione nieprzeciętnymi tatuażami z henny. W hali długiej na około 400 m ciągnęły się wzdłuż jak niesamowite rzeźby witające przyjezdnych.
Wymieniliśmy trochę pieniędzy, wzięliśmy darmową mapę Delhi i wyruszyliśmy na poszukiwanie taniej taksówki, tzw. płatnej przed wyjazdem. Czyli cenę negocjowaliśmy jeszcze na lotnisku, po czym dostaliśmy fakturę, z którą kierowca musi wrócić by otrzymać zapłatę. Ok. 20 km kosztowało nas 300 INR tzn. 19,60 zł. Lecz nasza taksówka różniła się od tej za 1300 INR . Mianowicie jechaliśmy starym Ambasadorem (coś podobnego do Warszawy). Licznik był zepsuty i nie pokazywał prędkości, ale odczuwalna była, jako 40km/h. Ponadto pomimo zamkniętych okien czuliśmy wiatr. Nana spał przykryty i wtulony we mnie, zaś my nie mogliśmy oderwać oczu od obrazów jakie przelatywały nam za oknem. Kierowców niestosujących się do zasad, 3 pasmowe ulice, na których mieści się 6 aut w rzędzie, nowe budowle, palmy, a im bliżej centrum tym więcej ludzi żyjących na ulicach, palących ogniska by się ogrzać, pomimo, że było 20 stopni ciepła. Gdy samochód się zatrzymał, zapukała nam w okno kobieta z dzieckiem na rekach prosząc o pieniądze.Był taki hałas że właściwie to nie wiedziałam na co patrzeć, na chłopców próbujących sprzedać miniatury samolotów, pasażerom w innych autach, na naszego kierowce który co chwile na nas spoglądał, czy też właśnie na tą kobietę, która jak na ironie nie wydawała mi się wcale dziwnym zjawiskiem przechodząc w tym tłumie samochodów. Do hotelu jechaliśmy ponad godzinę, gdyż kierowca był analfabetą. Nie potrafił przeczytać nazwy hotelu tak wiec, co chwile kogoś zatrzymywaliśmy pytając o drogę. Jak później się okazało to prawie każdy taksówkarz nie potrafi czytać, ani posługiwać się mapą swojego miasta. Błądziliśmy w ciasnych zaułkach, Wojtek wielokrotnie wychodził z samochodu by pomóc kierowcy przejechać tuż przy metrowej przepaści lub też przecisnąć się między budynkami nie przerysowując auta. Na szczęście bezpiecznie dotarliśmy do hotelu, który wzbudził w nas mieszane uczucia. Pomimo, iż był czysty (jak na standardy indyjskie), obsługa miła to jednak okolica odbiegała od naszych wyobrażeń (miała to być jedna z najbardziej znanych ulic, pełna hoteli i restauracji ) Obok mamy przedszkole i starą skrzecząca karuzele. Oczywiście święte krowy przechodzące tuż obok nas przy straganach, to całkiem normalny widok. Kółka w naszych bagażach na nic się zdadzą, widząc błoto, kamienie i dziury, nawet wózkiem Nana będzie ciężko przejechać. Jest koniec listopada, ponad 20 C, zgiełk, ożywiony ruch, kurz i ryk klaksonów.

Jedna z najbardziej turystycznych ulic, Pahar Ganj, New Delhi
W trakcie lotu czytałam artykuł o Indiach, jaki dał mi pewien miły Niemiec, który również podróżował z żoną i 3 letnim synkiem. Było tam napisane, ze każdy nawet po krótkiej podroży po Indiach wraca odmieniony. Najpierw pomyślałam o tych ludziach, którzy raptem „odnajdują siebie”, zmieniają religie czy też wyrzekają się wszystkich dóbr materialnych (zaśmiałam się w duszy), a teraz rozumiem to trochę inaczej.
Tu człowiek widzi jak cenne jest życie. Starzec, bez nogi z trądem, czołgając się po ziemi nie wydaje się myśleć nad swoim ciężkim losem, że nie ma gdzie spać, nie ma co jeść, tylko uśmiecha się, że żyje, że uczestnicy w tym tętniącym energia spektaklu każdego dnia. Dzieci wtulone w mamy zdają się czuć bezpiecznie, choć stoją nad paleniskiem wśród innych bezdomnych i nie wiadomo, kiedy coś jadły. Tu człowiek uczy się doceniać to, co ma.
 Nie zliczę chyba ile razy Wojtek z uśmiechem na ustach pocałował mnie w czoło, zapewne z myślą ze dziękuje, iż jesteśmy, kim jesteśmy i mamy siebie. Ten kraj uczy innego spojrzenia na świat, ale i nasuwa wiele pytań. Dlaczego jedne kraje radzą sobie lepiej niż inne, czyja to wina i jak im można pomoc?

Chwile kontemplacji. Moim ulubionym zajęciem jest przyglądanie się ludziom w ich codziennym życiu.
Ponadto, napisane było o tym jak wspaniały i przyszłościowy to kraj. O PKB powyżej 8 % którego może pozazdrościć każdy, o dolinie krzemowej jaką jest miasto Bangalore, w którym nad najnowszymi rozwiązaniami technicznymi pracuje ponad 100 tys. świetnie przeszkolonych informatyków. Wszelkie prognozy gospodarcze zakładają, że będą tuż, obok Chin, główną potęgą globalnego rynku i to już w przeciągu najbliższych 30 lat.
Zaprzyjaźniony rykszarz
Wzięliśmy prysznic i wyruszyliśmy do Bramy Indii, jednego z popularnych turystycznie miejsc. Na miejscu byliśmy zachwyceni widokiem, hektary zieleni, na których chłopcy grali w krykieta, dzieci bawiły się piłkami, rodziny pływały na rowerach wodnych (30INR za 15 min =1,80gr). Pary zakochanych leżące na trawce rozkoszując się pogodą jedzą lody za 60 gr. Niestety my nie mogliśmy korzystać z tego wszystkiego, ponieważ czuliśmy się jak gwiazdy Booliwood. Jak pozwoliliśmy na jedno zdjęcie to zbiegała się chmara ludzi z telefonami komórkowymi ustawiając się przy nas. Dwie kobiety w pewnej chwili chwyciły mnie za ręce i bez słowa, w kilkanaście sekund wykonały ozdobny wzór henną na moich dłoniach. Po wielu godzinach w podróży i tych wszystkich doznaniach, nie pozostało mi nic innego jak tylko się uśmiechnąć i czekać na efekt końcowy.

Przed Bramą Indii
 Wracając wieczorem do hotelu, znów mieliśmy szczęście, co do rykszarza. Starszy pan, gdy na nas spojrzał to już chyba nie słuchał i zawiózł do jednego z najdroższych hoteli w mieście. Hotelu Plaza z pięknym parkiem, palmami, alejami oświetlonymi tysiącami lampek. Coś niesamowitego, jednak to nie był nasz standard. Tak znowu zatrzymując się wszędzie i pytając o drogę po 30 min dotarliśmy we właściwe miejsce. Było ciemno, Nana spał wtulony we mnie a my kuszeni aleją rozmaitości nie mogliśmy dojść do hotelu. Udało się, byliśmy w łóżkach, ale Wojtek wyszedł by kupić jakąś kolacje. Wrócił z masą pyszności. Nana obudził się i chciał wszystkiego spróbować. Niesamowicie słodkie banany, ostre chipsy, masala dosa (cienki jak papier naleśnik dosa, wypełniony mieszanką warzyw, przyprawiony curry), ananasy i wiele innych pyszności. Ale było coś dziwnego w
zachowaniu mojego męża. Z uśmiechem podał mi jednorazowy kubeczek i powiedział,nalej nam Martini ze spritem, to coś ci powiem...
Co świętowaliśmy w następnym poście ;)


Moja ulubiona restauracja. Co wieczór wracając do hotelu,panowie machali do mnie pokazując, że czeka moja Specjal Masala Dosa ;)
Warunki sanitarne w normie, 2 umywalki, 3 toalety,instrukcja obsługi...

Przed wejściem do naszego hotelu

Właściciel naszego hotelu był również założycielem przedszkola,które mieściło się tuż obok. Ponadto prowadził biznes tekstylny współpracując z Polską :)

12 komentarzy:

  1. no to liznęłam nieco Indii dzięki temu wpisowi, czekam na kolejne
    świetne zdjęcia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje, w następnym wpisie będzie dalsza fotorelacja.

      Usuń
  2. REWELACYJNA relacja! Wcześniej znałam ja tylko ze zdjec Wojtka na facebooku. Nie moge doczekac sie dalszego ciagu historii, bo czyta sie ją jak świetną książkę!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje bardzo , takie słowa niesamowicie motywują... zabieram się więc ze dalsze pisanie.

      Usuń
  3. Opisujesz wszystko tak, że oczami wyobraźni czuje jakbym była tam z Wami! " z Ignatiukami przez świat":)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z chęcią zabierzemy dodatkową " Ignatiuczke " na następny wyjazd ;)

      Usuń
  4. Ah.. i ta nutka niepewności. Czekam na następny post ;)
    ( poprzedni komentarz wyskoczył z literówką ;p )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem tylko, że mój mąż jest najbardziej otwartą na ludzi osobą jaką w życiu poznałam. Dzięki czemu stale nawiązuje nowe znajomości.

      Usuń
  5. Cześć Super Rodzinko :) Przeczytałem i czekam na kolejne odsłony indyjskiej przygody :) pozdrawiam z Gdańska, Krzysiek

    OdpowiedzUsuń
  6. Kochani wspaniale! Patrycja uwielbiam jak piszesz:*

    OdpowiedzUsuń

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy